Dwanaście miesięcy temu...

 

Krzyknęła. Bezgłośnie. Głos w niczym by nie pomógł, wręcz przeciwnie, pogorszyłby sytuację. Siedząc cichutko w kącie oglądała w swojej głowie wszystkie dobre wspomnienia. Zapisywała je skrupulatnie żeby nigdy nie zapomnieć, że przez moment była szczęśliwa, kochana i rozumiana. Żeby mózg nigdy nie wyparł tych chwil. Dziś już głośno mówi o swoich potrzebach. Dziś głośno nie zgadza się na nie zrozumienie i umniejszanie jakiejkolwiek wartości. Dziś jest. Jest sobą. Czasami usiądzie w kącie i zacznie płakać, głośno płakać. Ma do tego prawo, jest tylko człowiekiem. Cieszy się, że znów potrafi płakać. Z bólu, bezsilności, zmęczenia. Może poczuć ulgę w napiętych momentach. Może nie być z tym sama. Może spojrzeć na świat przez przeszklone oczy i dostrzec jego kruchość i piękno. Mogę wstać i uśmiechnąć się ciepło by choć na moment ogrzać wewnętrzne wątpliwości. Mogę.

W kilku zdaniach zawarłam rok kiedy moje słowa krążą w eterze Internetu. Rok temu usiadłam do tego tematu pełna obaw, że nie będę miała odwagi dzielić się myślami, które okrutnie przeszywały  moją głowę. Szukając ujścia powoli rozrywały mnie na kawałki. Jestem tu. Odważyłam się.

Rok temu zapadła również decyzja, że planowany rok terapii zdecydowanie musi trwać dłużej. Rok kolejnej walki, inaczej nie jestem w stanie tego ująć. Mimo widocznych, zadowalających efektów nigdy nie powiem, że terapia to tylko rozmowa. To monolog, co tydzień, z samym sobą, o tym czy moje problemy są na tyle ważne żeby ktoś o nich słuchał. To historia, która z czeluści pamięci wyciągnęła wspomnienia, o których już nigdy nie chciałam pamiętać ani rozmawiać. To ta dziewczynka, która bezgłośnie krzyknęła, że nie potrzebuje uwagi tylko zrozumienia. To ta, która radzi sobie sama z każdym problemem. To ta, która walczy o swoją pewność. I ta, która z każdym słowem wspina się na wyżyny swoich marzeń i pragnień. Krok po kroku buduje schody by móc sięgnąć szczytu swoich możliwości. By być sobą i wierzyć, że to wszystko ma sens.

Uwierzyłam. Nigdy nie zwątpię.



W ostatni poniedziałek moja psycholog powiedziała bardzo ważną rzecz, którą starała się przekazać od dawna. Ujęła w słowa wszystkie moje wątpliwości i zawirowania.  Powiedziała, że taka jestem, mam prawo czuć wszystko co czuję, przeżywać na własny sposób i absolutnie nie umniejsza to temu kim jestem. Potrzebowałam dwóch lat żeby w końcu to zrozumieć. Usiąść tam i uśmiechnąć się do siebie z dziwną ulgą w środku. Tak po prostu, tak szczerze.

A blog jest dopełnieniem wszystkiego dobrego co wydarzyło się przez ostanie dwanaście miesięcy. Mój mały prywatny sukces. Moje małe dziecko, dzięki któremu dostałam pracę w redakcji, dzięki któremu pozbywam się nieśmiałości. Moje małe dziecko, do którego siadam kiedy dzieją się złe rzeczy. Moja mała ucieczka od rzeczywistości. Moja mała terapia.

Od słowa się zaczęło, na słowie się skończy.

Jeszcze nie powiedziałam ostatniego…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Od słowa się zaczęło, na słowie się skończy.

Kim jest Anna? Oszust czy geniusz?

O szczęściach dużych i większych